O Chłopskim Murze Głodowym w Cierlicku

Umyślił sobie karwiński hrabia Larysz zbudować dla siebie niewielki pałacyk myśliwski w Cierlicku. Wyprawiał się bowiem dosyć często w tamte strony na polowania i chciał tam mieć odpowiednie miejsce do wytchnienia i odpoczynku.

Wkrótce potem – w 1812 roku – wymarzony przez hrabiego pałacyk myśliwski stanął na Kościelcu, tuż przy drodze prowadzącej z Cieszyna do Polskiej Ostrawy.

Ciężki to był rok dla mieszkańców Cierlicka, Olbrachcic, Grodziszcza i okolicznych miejscowości. W świecie szalała wojna, kraj prześladował nieurodzaj, szerzyły się choroby, ludzie cierpieli głodem.

Budowniczy myśliwskiego pałacyku postanowił przyjść z pomocą głodującej ludności miejscowej. Zaproponował hrabiemu zbudowanie wzdłuż drogi po obu stronach pałacyku długiego kamiennego parkanu. Przy jego budowie zatrudnił wszystkich niemal mieszkańców Cierlicka i wiosek sąsiednich. Furmani przywozili z odległej Rzeki zielonkawy kamień piaskowcowy do Cierlicka. W kamieniołomie cierlickim na “Brogówce” łamano kamień wapienny, z którego w zbudowanym tam wapienniku wypalano wapno. Z gaszonego wapna, piasku i wody mieszano zaprawę, którą łączono głazy piaskowca.

Ludzie pracujący przy budowie parkanu otrzymywali od hrabiego jako zapłatę codzienne wyżywienie. W dużych kotłach wojskowych gotowano z ziemniaków i grubo mielonego jęczmienia gęstą polewkę, którą przed południem i po południu otrzymywali wszyscy pracujący przy parkanie: dzieci, młodzież i dorośli.

Budowa muru parkanowanego trwała cały rok. Wznosili go głodujący chłopi i ich rodziny z Cierlicka, Olbrachcic i Grodziszcza.

Mur ten stoi na Kościelcu do dnia dzisiejszego. Cierliczanie nazywają go “Chłopskim Murem Głodowym”.

 

O przemarszu husarii króla Sobieskigo przez Cierlicko

Było to w 1683 roku.

Od wiosny zagony tureckie oblegały Wiedeń. Cesarz austriacki Leopold I wysłał początkiem lipca posłów do króla polskiego Jana III Sobieskiego z prośbą o pomoc. Król wydał natychmiast wojskom polskim rozkaz wyruszenia na odsiecz Wiednia. Część husarii zmierzała pod Wiedeń przez Cierlicko.

W Cierlicku było już po żniwach. Cały tegoroczny plon znajdował się w stodołach. Cierliczanie świętowali więc przez cały dzień pobytu husarzy w ich wiosce. Poszli nawet do nich w odwiedziny. Z domów zabierali do kobiałek, co mieli na podrzędziu, a więc pachnący chleb razowy, osełki świeżego masła, owinięte w liście kapusty, miód w glinianych garnuszkach, świeże mleko, soczyste gruszki i rumiane jabłka. Znosili to wszystko do obozu na Kościelcu i z serca ofiarowali biwakującym husarzom. Przyjmowali oni te skromne upominki z wdzięcznością, rozdając ludziom na pamiątkę srebrne grosze polskie.

Poważni gospodarze, wiejskie wyrostki i dzieci różnego wieku przyglądali się ciekawie husarzom, bo nigdy jeszcze nie widzieli na własne oczy zbrojnego rycerstwa. Stateczni gazdowie rozmawiali potem z sobą o oglądanych wspaniałościach, bo wszystko było dla nich niezwykłe. Wzbudzały w nich niebywały zachwyt i wspaniałe zbroje pancerne, lśniące w słonecznym blasku, i skrzydła husarskie przy zbrojach, furkocące na wietrze dziesiątkami piór orlich, cietrzewich lub zgoła indyczych, i kolorowe chorągwie ze znakami poszczególnych oddziałów, zatknięte przed namiotami ich dowódców. Bo w obozie oprócz husarzy pocztowych, czyli szeregowych, sporo było oficerów, a więc pułkowników, rotmistrzów, poruczników, chorążych, namiestników i towarzyszy pancernych.

Nazajutrz, ledwo świt zaróżowił niebo, gwarno już było w obozie na Kościelcu. Husaria szykowała się w dalszą drogę. A kiedy złote słonko wytoczyło się na niebo spoza odległej Czantorii, na cierlickiej drodze zatętniły końskie kopyta i zaturkotały wojskowe wozy. To ruszyło wojsko, a za nim długa kolumna taborów.

W niespełna miesiąc później – dnia 12 września 1683 roku – król polski Jan III Sobieski odniósł pod Wiedniem wspaniałe zwycięzstwo nad wielokroć liczniejszymi wojskami wezyra tureckiego Kara Mustafy.

Po jakimś czasie wieść o zwycięstwie wiedeńskim dotarła również do Cieszyna i do Cierlicka. Ludzie opowiadali sobie wieczorami po chałupach, jak to przed samą bitwą rozmawiali z sobą dyplomatycznie król polski Jan Sobieski i wezyr turecki Kara Mustafa. Wódz Turków przesłał ponoć Sobieskiemu woreczek maku ze słowami:

- Tyle nas jest, i spróbuj nas policzyć!

A Sobieski przesłał Mustafie szczyptę pieprzu ze słowami:

- Nas jest tylko tyle, ale spróbuj nas rozgryźć!

 

I jeszcze jedno ciekawe opowiadanie z czasów bardzo, bardzo dawnych.

O kohorcie rzymskiej na cierlickim wzgórzu

Kronikarze rzymscy pisali wówczas rok 178 naszej ery.

Cesarz Marek Aureliusz wyruszył na nową wyprawę wojenną przeciwko Markomanom. Legiony rzymskie trzymały w swojej mocy liczne strażnice w krajach nad Dunajem, skąd wyprawiały się przeciwko wojskom nieprzyjacielskim. Cesarz Marek Aureliusz, przebywający z głównymi siłami zbrojnymi w Windobonie, czyli dzisiejszym Wiedniu, wysłał w kraje sąsiednie liczne kohorty zwiadowcze, celem śledzenia ruchów wojsk nieprzyjacielskich, będących wówczas na stopie wojennej z państwem rzymskim.

Jedna z kohort zwiadowczych Marka Aureliusza dotarła do dzisiejszego Cierlicka, gdzie na rozległej polanie, rozciągającej się na wyniosłym wzgórzu, rozbiła swój obóz wojenny. Sam cesarz przykazał prefektusowi kohorty bacznie śledzić ruchy Jazygów, którzy mieli swoje siedziby nad górnym biegiem Wisły. Legiony rzymskie pokonały ich już wprawdzie w walkach nad Dunajem, ale Jazygowie mogli przecież wykorzystać sprzyjający moment wznowienia działań wojennych przez rzymskie siły zbrojne przeciwko germańskim Markomanom, żeby powetować poniesioną klęskę.

Kohorta zwiadowcza, licząca ponad pół tysiąca zbrojnych, trwała przez kilka miesięcy na cierlickim wzgórzu. Wyznaczone przez prefektusa oddziały zapuszczały się aż gdzieś nad Wisłę i pod odległe góry i śledziły żyjącą w tamtych stronach ludność miejscową. Ludność ta nie miała jednak żadnych wojennych zamiarów, toteż oddziały zwiadowcze nie prowadziły przeciwko niej zbrojnych akcji. Wracały do obozu i oddawały się tam regularnym ćwiczeniom wojskowym.

Pewnego dnia do obozu kohorty przyjechał sam cesarz Marek Aureliusz z małżonką Faustyną Augustą. Towarzyszyła im zbrojna kohorta przyboczna. Oboje cesarscy małżonkowie przebywali wówczas w Windobonie nad Dunajem, skąd cesarz lustrował poszczególne legiony i kohorty rzymskie. Cesarzowa nie opuszczała nigdy swego małżonka i razem z nim wyruszała wszędzie, kiedy wybierał się na wojnę. Była więc częstym gościem obozów wojskowych, toteż wkrótce zyskała wielką popularność wśród rzymskich oddziałów i przydomek “Mater Castrorum”, czyli “Matka Obozu”.

Cała kohorta na cierlickim wzgórzu stanęła do uroczystego apelu. Cesarz Marek Aureliusz wyraził prefektusowi i żołnierzom najwyższe uznania za wykonaną służbę. Cesarzowa Faustyna Augusta wręczyła następnie każdemu żołnierzowi srebrny denarus z własną podobizną, wybity na pamiątkę zwycięzstwa legionów rzymskich nad wojskami nieprzyjecielskimi.

Po apelu cesarz rozkazał prefektusowi zwinąć w następnym dniu obóz zwiadowczej kohorty i powrócić razem z przyboczną kohortą cesarską do strażnicy w Windobonie.

Cierlickie wzgórze nazajutrz opustoszało.

Czas płynął szybko jak woda w pobliskiej Stonawce. Mijały lata i całe stulecia. Pamięć o pobycie kohorty rzymskiej na cierlickim wzgórzu nie przetrwała wśród miejscowego ludu.

Pobyt ten przypomniał dopiero srebrny denar, znaleziony przypadkowo w roku 1926 w miejscu, gdzie przed osiemnastoma stuleciami obozowała kohorta rzymska cesarza Marka Aureliusza. Denar ten zgubił któryś z żołnierzy rzymskich. Dobrze, że go zgubił, bo tylko dzięki niemu dowiedzieliśmy się o pobycie Rzymian na cierlickim wzgórzu.

(Opowiadania są według Teofila Hrabca, urodzonego w 1906 r. w Cierlicku.)

koniec