Podania o Czarnej Księżnej

Ciekawym kulturalno-historycznym zjawiskiem związanym z Cierlickiem jest powstanie i popularność różnych wersji podania o Czarnej Księżnej. Tak została nazwana szesnastowieczna księżna Katarzyna Sydonia, która po śmierci swego męża, księcia cieszyńskiego Adama Wacława, sama sprawowała władzę. Chociaż historycy w sposób przekonywujący udowodnili już, iż Katarzyna Sydonia przeniosła się na inny majątek (do Węgier), a z Cierlicka otrzymywała tylko pieniądze, tradycja ludowa, w logicznym powiązaniu z jej dotychczasowym życiem, mówi o nagłym i zagatkowym zniknięciu księżnej.

 

O Czarnej Księżnej (wersje publikowane w latach 1916, 1938)

Hań bardzo dawno rządziła na Cieszynie księżna Katarzyna Sydonia. Lud nazywał ją Czarną księżną, bo od śmierci swego męża chodziła tylko w czarnych szatach.

Czarna Księżna stroniła od ludzi. Codziennie wieczorami przesiadywała długie godziny w zagajnikach nad Olzą i słuchała śpiewu słowików, a w dzień błąkała się po parku zamkowym albo ze szczytu Wieży Piastowskiej patrzyła na odległe gronie beskidzkie.

O Czarnej Księżnej krąży pomiędzy ludem wiele ciekawych podań. Jedne opowiadają o niej jako o opiekunce biednych chłopów, inne czynią z niej okrutnicę znęcającą się nad swymi poddanymi.

 

I

W pewnej wsi pod Cieszynem żył biedny chłop Urbaś. Niedaleko lasu znajdowała się jego drewniana chałupa i nieduży kawałek pola. Sześć dni w tygodniu musieli Urbasiowie obrabiać pańszczyznę, a tylko w niedzielę i święta albo w niepogodę, kiedy na pańskim nie pracowano, mogli uprawiać kilka własnych zagonków. Co rok zbierali z nich trochę żyta i owsa, dzięki czemu mieli kawałek własnego chleba. Pobliski las chronił pólko Urbasiów przed jesiennymi powichrzycami, zimą zaś przed śnieżycami. Ale bliskość lasu miała jednak i złą stronę. Stamtąd przychodziła bowiem dziczyzna leśna i niszczyła zasiewy. Duże szkody wyrządzały bażanty, ale największe spustoszenie czyniły dziki, które w krótkim czasie potrafiły doszczętnie przeryć spory kawał obsianego pola. Urbasiowie martwili się wyrządzanymi przez dziki szkodami, często nawet płakali, lecz ich płacz ani razu nie przeszkodził dzikom w pustoszeniu lichych zysiewów. Nie pomogły strachy stawiane w zbożu; dziki czyniły szkody bez ustanku.

Pewnego razu Urbaś postanowił czatować na szkodniki. Wypożyczył skądś zardzewiane flincisko i poszedł pod las. Całą noc przesiedział nadaremnie. Dopiero nad ranem wyszło z lasu na pole całe stado dzików. Stare chrechtały, a warchlaki pokwikowały z zadowolenia, ryjąc dojrzewające zboże.

Naraz huk targnął powietrzem.

Spłoszone dziki uciekły do lasu, tylko trafiony odyniec tarzał się w zbożu i ogromnymi szablami orał ziemię.

Urbaś ostrożnie podszedł do zdychającego dzika, któremu z rozdziawionego pyska sączyła krwawa posoka. Chłop przykucnął w bruździe i patrzył.

Wtem w lesie rozległy się ludzkie nawoływania i parskanie koni. Urbaś pobladł i przylgnął do ziemi.

- Hajducy ! – wyszeptał przerażony.

Spomiędzy drzew wypadło na pole sześciu jeźdźców. Przystanęli. Wyprostowali się w siodłach i świdrowali oczyma okolicę. Mówili o czymś między sobą i żywo gestykulowali.

“Żeby mie jyny nie widzieli” – myślał Urbaś.

Potem jeźdźcy galopem ruszyli na pola, myszkowali po miedzach, wypatrywali z niecierpliwością, jak gdyby się obawiali, że im ten przegrzeszony kłusownik ucieknie albo się w ziemię zapadnie. Słyszeli przecież wystrzał, a w lesie minęło ich stado uciekających w popłochu dzików.

Tymczasem Urbaś drżał ze strachu i w pośpiechu drapał palcami zaschnięte grudy, żeby zagrzebać strzelbę.

Hajducy przeszukali wszystkie miedze. Nie znaleźli nikogo. Naradzili się i po chwili wpadli w zboża. Konie szerokimi piersiami rozgarniały szeleszczącą zaporę źdźbeł i pozostawiały za sobą pogmatwaną sieć świeżo wydeptanych chodników.

Jeden z hajduków krzyknął i gwizdnął. Zobaczył Urbasia.

Przygnali wszyscy galopem. Urbaś drżał z przerażenia. Z ziemi wystawała niezupełnie zagrzebana strzelba.

Hajducy zeskoczyli z koni i z nahajami rzucili się na Urbasia za to, że zastrzelił pańskiego dzika.

- Masz, chamie, masz, masz!

Urbaś jeszcze bardziej przyciskał się do ziemi, ale świst bykowców nie ustawał i nie ustawał.

- Urządzimy ci weselisko, zobaczysz, chamie! Dziczyzna ci zasmakowała, a masz, a masz! …

Potem hajducy skrępowali ręce Urbasia, pognali go przed sobą na zamek książęcy do Cieszyna. Jeśli go tam nie zakatują do reszty, to zdechnie w zaszczurzonym lochu więzienia. Cham! Dzików mu się zachciało!

Kiedy rozkrzyczani hajducy pędzili więźnia koło jego drewnianej chałupy, Urbaśka wybiegła na pole i rozdzierającym płaczem żebrała o litość, o zmiłowanie nad chłopem. Nic nie pomogło. Jeszcze sama oberwała nahają przez plecy i zapłakaną twarz.

Urbaśka biegła za nimi, zawodziła i włosy rwała z głowy, ale łzy kamiennych serc nie wzruszą…

Długo jechali do Cieszyna. Jeszcze wiele razy nahaje pisały chłopu sine pręgi na plecach.

Hajducy prowadzili chłopa do rządcy dóbr książęcych. Ten określał rodzaj kary za przestępstwa poddanego chłopstwa. Przydybano bydło chłopa na pańskim polu – karał, robił kto mało według mniemania hajduków – karał, odważył się ktoś choć słówkiem okazać niezadowolenie – karał. Dwadzieścia pięć, pięćdziesiąt, sto batów! Jaka kara spotka Urbasia? Pańskiego dzika zakatrupił, za to chyba zdechnie w areszcie!

Zarządca dóbr książęcych mieszkał w bocznym skrzydle zamku. Tam więc hajducy prowadzili Urbasia. Zapłakanej Urbaśce udało się jakoś przebiec koło wartownika w bramie zamkowej i dopędzić hajduków, ale błaganie o litość na nic się zdało. Kiedy dochodzili do skrzydła zamku, z parku, od strony Wieży Piastowskiej, kroczyła chodnikiem Czarna Księżna. Urbaśka upadła przed nią na kolana, objęła jej nogi i drżącym głosem prosiła:

- Litości, pani, litości!…

Księżna przystanęła, schyliła się, podniosła z ziemi narzekającą chłopkę, a potem skinęła na hajduków. Zatrzymali się. Podeszli do księżnej, skłonili się, a chłop-kłusownik osunął się przed księżną na ziemię, przygarbił w ramionach i prosił szeptem i przerażonymi oczyma:

- Zlituj się, pani, móm sześcioro dzieci!…

- Cóż ten biedak uczynił złego? – spytała księżna.

- Dzika księżnej pani zastrzelił! – odparł jeden z hajduków.

- Zastrzeliłeś? – zwróciła się księżna do Urbasia.

- Zastrzeliłech … ale dziesięć rokók już mi dziki szkody na polu robią … ryją, paskudzą … a móm sześcioro dzieci … jeść chcą … a dziki niedorosły chlyb na polu niszczą … złość mnie popadła … zabiłech … zlituj sie pani … - prosił Urbaś.

Urbaśka też błagała o litość.

- Ile przysądzacie za zabicie dzika? – spytała księżna po małej chwili.

Hajducy spojrzeli po sobie, potem któryś z nich odpowiedział:

- Zarządca sądzi. Ale sto kijów i harest będzie!…

Księżna zamyśliła się.

- Wezwijcie mi tu zarządcę! – odezwała się znowu.

Jeden z hajduków skłonił się i skoczył spełnić rozkaz.

- Czego pani księżna sobie życzy? – spytał po chwili gruby zarządca.

- Jaką wartość przedstawia dorosły dzik?

- Trzy złote dukaty, księżno – odparł zapytany.

- Trzy złote dukaty … - powtórzyła księżna półgłosem. – A na ile szanujecie roczne szkody wyrządzone przez jednego dzika na pańskich polach?

- Na sto dukatów – rzekł zarządca.

- A więc ty, chłopie, zapłacisz mi za ubitego dzika trzy złote dukaty, a ja za dziesięć lat szkód wyrządzonych przez tego dzika na twym polu jestem ci winna tysiąc dukatów. Słyszeliście? – zwróciła się do zarządcy i hajduków.

Milcząco skinęli głowami.

- Więc temu oto człowiekowi wypłaćcie zaraz należne mu pieniądze i puśćcie go wolno! – stanowczym głosem rozkazała księżna i nie zważając na podziękowania Urbasiów i osłupienie służby, oddaliła się szybko w stronę zamku.

Urbasiowie wieczorem wrócili do chałupy. Za złote dukaty wybudowali nową chatę, wykupili się z pańszczyzny i jako wolni, niezależni gospodarze żyli długo i szczęśliwie. Jako staruszkowie opowiadali wnukom o dobrej Księżnej i o jej dziwnie sprawiedliwym wyroku, jaki kiedyś wydała.

 

II

Było lato, słońce przygrzewało jak zawsze w lipcu. Zboża na polach dojrzewały, na świecie było wesoło. Tylko ludzie koło Cieszyna nosili w sercach smutek, bo ukochana przez wszystkich księżna zachorowała ciężko. Jeszcze niedawno co noc wysiadywała w zagajnikach nad Olzą i przysłuchiwała się trelom słowików, ale teraz jakieś choróbsko zawzięło się na nią. Stary, uczony doktor, który aż z dalekiego Krakowa przybył leczyć księżnę, kiwał głową i mówił do zarządcy, że księżna nie pociągnie już długo na tym bożym świecie. Straszna przepowiednia mądrego doktora wydostała się z zamku pomiędzy lud cieszyński, dlatego każdy chodził zatroskany i smutny, bo żal było wszystkim dobrej pani.

W komnacie zamkowej, gdzie leżała księżna, panował półmrok, bo doktor z Krakowa kazał pozaciągać story, żeby światło słoneczne nie raziło oczu chorej. Koło łoża milcząco stali dworzanie, wpatrywali się w księżnę, by żaden jej gest, żaden znak nie uszedł ich uwagi. Ale księżna ich usług nie potrzebowała. Leżała z zamkniętymi oczyma i oddychała z trudem. Doktor z Krakowa ze swych licznych szkatułeczek nabierał suszonych ziół i ostro pachnących korzeni startych na proszek, kwiatów zrywanych w noc świętojańską, swym grubym palcem wodził po pożółkłych kartach grubucnej pergaminowej księgi, pod nosem mruczał jakieś uczone słowa łacińskie i w dużym srebrnym naczyniu gotował na kominku jakiś ciemnobrunatny lektwar. Było to lekarstwo dla księżnej.

Stan chorej pogarszał się z dnia na dzień. Oddech jej stawał się powolniejszy, uciążliwszy, świszczący. Co chwila kaszel wstrząsał księżną. Dworzanie prosili mądrego doktora, żeby chorą wyleczył, ale ten bez słowa wstrząsał ramionami.

- Hm, wyleczyć? W tym wypadku sztuka doktorska nic nie wskóra, tu nie pomogą ani zioła w noc świętojańską zbierane. Tak, tak, ludzie, w piersiach księżnej śmierć mieszka, a przeciw śmierci skutkujące zioło jeszcze nie wyrosło na świecie, od śmierci nikt jeszcze nikogo na świecie nie uleczył! – mówił stary doktor i mieszał kipiący lektwar.

Pewnego popołudnia księżna poczuła, że wieczora już nie dożyje. W piersiach ją kłuło i z trudem łapała powietrze. Koniec nadchodził. Księżna szeroko rozwarła oczy i spojrzała po obecnych. Wszyscy tłumili szloch.

- Już z wami nie będę długo … śmierć nadchodzi.

Dworzanie nie przemogli szlochu. Rozpłakali się wszyscy.

- … wiem, że dziś umrę … nie płaczcie … mam prośbę do was … jedną prośbę …

Umilkła na chwilę. Jej smutne oczy zatrzymały się na zarządcy, jak gdyby umierająca od niego domagała się spełnienia swej ostatniej prośby.

- Złóżcie mnie w prostej, chłopskiej trumnie … bez przepychu … bez honorów … nie w grobowcu .. na wóz trumnę włóżcie … czarne woły zaprzągnijcie … cztery pary … cztery pary czarnych wołów … i niech same idą … niech same wyszukają mi grób … słyszeliście?

Upłakani dworzanie skinęli głowami. Zarządca jak gdyby chciał spytać, dlaczego taki chłopski pogrzeb, skoro księżna ma swój grobowiec w podziemiach cieszyńskiego kościoła, ale nie odezwał się słówkiem, bo ostatnia wola umierającego jest święta.

Jeszcze słońce nie zeszło z nieba, kiedy księżna umarła.

Żałobne grały cieszyńskie dzwony, płakała służba zamkowa, płakał lud chłopski po dziedzinach. Czarna księżna umarła!

Przez trzy dni ludzie przychodzili płakać nad zmarłą. Z daleka, aż gdzieś spod samych groni prychodiło chłopstwo, żeby ostatni raz spojrzeć na dobrą panią, wiązankę polnych kwiatów obok trumny położyć i zapłakać serdecznie.

Czwartego dnia wczesnym rankiem przed zamek cieszyński zajechał prosty chłopski wóz zaprzężony w cztery pary czarnych wołów. Takie było ostatnie życzenie księżnej.

Trumnę ze zmarłą złożono na wozie. Ludzie płakali.

Ktoś krzyknął: - Wio!

Woły powoli ryszyły.

Nikt nie kroczył za trumną. Woły stąpały noga za nogą. Dzwony cieszyńskie swym żałobnym graniem odprowadzały księżnę.

Woły wyjechały z miasta. Kroczyły powoli miedzami, omijały rowy i wyboje, przejeżdżały obok dojrzewających zbóż, szły ciągle naprzód. Z trudem parły do wysokich kopców, wolno schodziły w doliny, bez popędzania jechały i jechały…

Kiedy znajdowały się na najwyższym kopcu za Stanisławicami, ziemia nagle zadrżała, zahuczało strasznie w głębi, jak gdyby się tam coś burzyło i waliło, potem rozpękła się na poły w ogomną przepaść, a w niej na wieki znikły woły i wóz ze zwłokami Czarnej Księżnej. To wszystko trwało zaledwie mgnienie oka. Potem ziemia znów się zawarła.

W miejscu gdzie Czarna Księżna znalazła swój grób, wybudowano po latach kościółek. Jest to cierlicki Kościelec, w pobliżu którego w 1932 roku, w lesie sosnowym, znaleźli śmierć dwaj bohaterscy lotnicy polscy, Żwirko i Wigura, kiedy na zaproszenie czeskich lotników lecieli z Warszawy do Pragi.

 

III

Inne podanie opowiada, że Czarna Księżna była straszną sekutnicą. Pewnego razu posprzeczała się o coś z mężem i w przypływie złości nakazała go hajdukom ćwiczyć batami tak długo, że biedak wyzionął ducha. Dzieci swoje również w podobny sposób zamęczyła. Płakały biedactwa, prosiły matkę o litość, ale ona serca nie miała. Za to spotkała ją straszna kara. Po ich śmierci w uszach jej wiecznie rozlegał się rozdzierający płacz dziecięcy. Dlatego też okrutna księżna nie cierpiała dzieci.

Po pogrzebie męża przeniosła się z Cieszyna na zamek w Dzięgielowie. Tam znęcała się nad chłopstwem. Często z kaprysu kazała niewinnych batożyć tak strasznie, że niejednokrotnie ofiara konała pod razami.

Pewnego razu koło zamku przechodziła chłopka z płaczącym dzieckiem na ręce. Płacz ten posłyszała okrutna księżna, zacisnęła pięści, złość w niej zawrzała, kazała dworakom schwytać nieszczęsną matkę z dzieckiem, przywiązać do stolicy i ćwiczyć batami. Hajducy zakatowali matkę i jej płaczące niemowlę. Nie pomogły prośby, nie pomógł płacz. Ale matka, nim skonała, przeklęła księżnę:

- Oby cię ziemia po śmierci wyrzuciła! Bydło niechaj ci grób wyszuka! Żebyś nawet po śmierci spokoju nie znalazła!

Czarna Księżna wiecznie zrzędziła, wiecznie musiała się z kimś kłócić. Jeżeli miała kogoś takiego, na kogo cały dzień mogła krzyczeć, komu od wschodu do zachodu słońca mogła wymyślać, była zadowolona i reszta służby miała święty spokój. Gorzej było, jeżeli taka ofiara nie nawinęła się księżnej pod rękę. Wtedy cierpieli wszyscy. Ażeby się jakoś zabezpieczyć przed jej ordynarnymi wyzwiskami, zaproponował ktoś z dworzan, żeby codziennie jeden ze służby szedł na ochotnika kłócić się z księżną. Tak postąpili i miel spokój. Najgorliwszym z tych ochotników był niejaki Turoń.Chociaż już pięćdziesiątkę dźwigał na grzbiecie, był jednak z niego figlarz nie lada. Pewnego dnia umyślił sobie, że księżnej musí spłatać jakiegoś figla, a że właśnie w tym dniu przypadła służba jemu, więc od razu postanowił wykonać swój zamiar.

Księżna stała przy oknie w swej komnacie i niecierpliwiła się. Nareszcie idzie! Turoń idzie!

- Ślimak! Mazgaj! – syknęła przez zęby ze złości, że tak powoli się wlecze.

A Turoń szedł tak umyślnie, żeby rozłościł okrutnicę.

- Prędzej, ślimaku, chamie! – krzyczała, wychyliwszy się z okna. – Pośpiesz się ty, ty!

Turoń przystanął, obmacał kieszenie, wyjął fajkę, uszedł kawałeczek, potem zza pazuchy wyciągnął pęcherz z tytoniem, rozwiązał go i powoli napychał fajkę. Słuchał przy tym ordynarnych wyzwisk księżnej, pod nosem uśmiechał się do siebie i stał w miejscu. Potem zawiązał pęcherz, włożył go do kieszeni, uszedł kawałeczek, znowu przystanął, skrzesał ognia, pykał, puszczał z ust kłęby dymu i spluwał z zadowolenia. I tak powoli zbliżał się do bramy zamku. Rozwścieczona księżna przeklinała głośno Turonia, że tak się wlecze. A Turoń na złość co krok przystawał. Kiedy doszedł do bramy, odwrócił się tyłem do okna, jak gdyby chciał zawrócić do domu, i ukłonił się księżnej w przeciwnym kierunku. To tak rozsierdziło sekutnicę, że bez namysłu skoczyła z pierwszego piętra wprost na bezczelnika. Turoń jednak w ostaniej sekundzie odskoczył, a księżna runęła na twardy grunt i poniosła natychmiastową śmierć.

Poddani księżnej byli zadowoleni ze śmierci okrutnicy. Z Cieszyna sprowadzili trumnę, w niej złożyli zmarłą, wieko przybili dużymi gwoździami, a potem trumnę spuścili do specjalnie obmurowanego grobu. Na pogrzebie nikt nie płakał. Okrutna księżna nie zdobyła za życia przyjaźni poddanych.

Następnego ranka służba znalazła trumnę wyrzuconą z grobu. Spełniło się przeklęństwo biednej matki. Ziemia wyrzuciła zwłoki okrutnicy. To samo powtórzyło się drugiej i trzeciej nocy.

Jak pogrzebać księżnę? Zwłok tak przecież zostawić nie można. Ktoś doradził, żeby trumnę włożyć na wóz, zaprząc do niego woły, niechaj wyszukają grób dla okrutnicy. Tak też uczyniono. Woły zawiozły trumnę aż na cierlicki kopiec. Tam ziemia zapadła się pod nimi. Znowu spełniło się przekleństwo konającej matki.

Ale księżna nawet po śmierci spokoju nie miała. Musiała pokutować za swe okrutne, popełnione za życia czyny, za nieludzkie traktowanie poddanych. Błąkała się po cierlickim wzgórzu, jęczała, narzekała, straszyła przechodniów, błagała o zlitowanie, ale daremnie. Wiatr zagłuszał wyciem jej prośby. Dopiero po długim czasie, w miejscu, gdzie okrutna księżna znalazła swój gób, ludzie zbudowali kościółek.

Takie jest drugie podanie o powstaniu Kościelca.

Księżna jeszcze i potem musiała pokutować. O północy jej czarna zjawa błądziła po kościele, płakała, jęczała, narzekała. Ludzie z przerażeniem opowiadali sobie o tym, ale nikt do świątyni nie zaglądał. Aż pewnego razu znalazł się śmiałek, który to wszystko chciał zobaczyć na własne oczy. Zabrał z sobą pręt wierzbowy i poszedł przed północą na Kościelec. O północy pokazała się zjawa księżnej, zbliżyła się do śmiałka, ale ten mocno ją uderzył wierzbowym prętem i czekał, co będzie dalej. Zjawa jękła, zawróciła i znikła. Od tego czasu nigdy już na Kościelcu nie straszyło.

Takie są podania o Czarnej Księżnej i o powstaniu Kościelca.

Pod Kościelcem znajdują się ponoć podziemia, skąd prowadzi tajny ganek aż pod zamek cieszyński. Tą drogą podczas oblężeń Cieszyna miano sprowadzać żywność dla obrońców. Sam zaś kościółek na cierlickim wzgórzu wybudowano ponoć dla zamaskowania wejścia do tych podziemi.

 

O Czarnej Księżnej na Kościelcu (wersja publikowana w 1870 roku)

Była późna noc jesienna. Księżyc niekiedy wyglądał poprzez postrzępione chmury, które po wysokim niebie wichura gnała jak stado czarnych baranów. Meluzyna wyła przeraźliwie, tarmosiła przydrożne lipy i obszarpywała z nich ostatnie liście.

Drogą do Błędowskiego Kopca kroczył w kierunku Cieszyna spóźniony wędrowiec. Śpieszno mu widać było do domu, bo ani pod górkę nie zwolnił kroku, tylko oddychał głęboko i raz po raz kraciatą chustą obcierał spocone czoło.

Kiedy mijał kościół na Kościelcu, przystanął zdumiony.

- Odbywa się tam nocne nabożeństwo – rzekł do siebie – bo kościół jest oświetlony i organy grają. Hm, wstąpię tam, usiądę na ławce i zaczekam na ludzi. W gromadzie raźniej mi się pójdzie niż w pojedynkę.

Drzwi były otwarte na oścież. Wędrowiec przekroczył próg i wszedł do środka. Rozejrzał się dookoła siebie i pokręcił głową. Kościół świecił pustkami.

Organy, które jeszcze przed chwilą grały, umilkły. Kościół zaległa głęboka cisza. Tylko meluzyna wyła przeraźliwie za oknami, a w lichtarzach mrugały światełka woskowych organów.

Wędrowiec posłyszał bicie własnego serca.

Nagle spoza ołtarza wyszła czarno ubrana pani. Kroczyła dostojnie środkowym gankiem w kierunku wędrowca. Za nią biegł czarny piesek z pękiem kluczy w otwartym pyszczku.

- Czarna Księżna ! – przeleciało wędrowcowi przez głowę.

Zjawa zatrzymała się przed nim , uporczywie patrzyła mu w oczy i gestem prawej ręki wsakzywała na pęk kluczy w pyszczku czarnego pieska.

Wędrowiec poczuł mrowie na plecach, serce omal nie wyskoczyło mu z piersi. Nagle z obłędem w oczach rzucił się do otwartych drzwi i pognał w ciemną noc. Nie spojrzał nawet poza siebie. Tylko wichura zatrzasnęła z hukiem drzwi otwarte na oścież, w kościele zgasły światła i meluzyna wyła przeraźliwie w gałęziach lip.

W stanisławskiej harendzie pod Kościelcem było jeszcze gwarno. Wędrowiec ostatkiem sił wpadł do środka i cały roztrzęsiony usiadł na dębowej ławie. Długo łapał powietrze i oddychał głęboko.

Kiedy się uspokoił, opowiedział chłopom siedzącym dookoła stołu przeżytą przed chwilą przygodę. Wszyscy słuchali z wielkim zaciekawieniem, kiwali głowami i milczeli.

Dopiero po długiej chwili odezwał się jeden z nich drżącym głosem.

- To była Czarna Księżna. Opowiadał mi starzyk, kiedy byłem jeszcze małym synkiem,że raz za sto lat wychodzi ona o północy spoza ołtarza i czeka na śmiałka, któremu pragnie oddać klucze od swoich skarbców. Klucze te trzyma w pyszczku czarny piesek. Jeśli się znajdzie taki śmiałek, który odbierze ów pęk kluczy od Czarnej Księżnej, wówczas wybawi ją od pokuty, a sam stanie się bogatym człowiekiem. Czarny piesek zaprowadzi go bowiem do skarbców Czarnej Księżnej w Cieszynie, Marklowicach pod Cieszynem, w Kocobędzu i na Goduli…

W harendzie zapanowała cisza. Później chłopi podnieśli się z ław, żeby pójść do domu, odezwał się na odchodnym ten sam, co opowiadał przed chwilą:

- Szkoda, że zabrakło ci odwagi i nie wziąłeś kluczy. Byłbyś od dziś bogatym człowiekiem, a Czarną Księżnę wybawiłbyś od pokuty. A tak, biedna, musi znów czekać dalszych sto lat.

Potem harenda opustoszała, a wędrowiec pośpieszył dalej w kierunku Cieszyna.

koniec